RSS
czwartek, 19 sierpnia 2010

...będę w domu. Trzy tygodnie z rodziną i przyjaciółmi napawały mnie ogromną radością od kilku tygodni. Lecz dzisiaj zdarzyło się coś, co popsuło mój rozanielony nastrój. Otóż, po przygotowaniach do wyjazdu (jutro, wczesnym rankiem) postanowiłam wziąć prysznic. I zonk. Mój prysznic, a dokładnie jego odpływ postanowił odmówić mi posłuszeństwa akurat w tak znamiennej chwili. Nie mogę się wykąpać, a przez to mój humor "siadł". Oczywiście na hydraulika już za późno, domowe sposoby zawiodły a wylot na tyle wcześnie, że nie zdążę nic zaradzić. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! Nawet nie napiszę, którego polskiego słowa użyłam dzisiaj dużo za dużo (domyślcie się...). Na dodatek cała sytuacja oznacza, że jutro muszę telefonicznie przebłagać Panią Właścicielkę, żeby rzuciła okiem i zamówiła hydraulika. Żyć nie umierać.

Musiałam się wyżalić, no.

_______________

Następny post powinien być nieco weselszy, a może nawet polski.

 

sobota, 07 sierpnia 2010

Paryż to dla zdecydowanej części populacji symbol elegancji, luksusu i szyku. Tego słynnego 'paryskiego szyku'. I coś w tym stwierdzeniu faktycznie jest, skoro codziennie na ulicy można spotkać kogoś ciekawego, niebanalnego lub po prostu ładnego. Z moich krótkich, acz intensywnych obserwacji wynika, że styl mieszkańców Paryża warunkuje kilka czynników.

Po pierwsze, jest to miejsce zamieszkania. Ci z prawego brzegu Sekwany (północnego) są z reguły bardziej sztywni i zachowawczy. Im dalej na północ, w stronę Montmartre tym więcej luzu. Okolice Luwru, rue Saint-Honoré i Opery zawsze kojarzą mi się z biurową elegancją. Zapewne dlatego, że faktycznie znajduje się tam wiele biur, na każdym kroku widać ludzi spieszących na lunch lub po prostu kłusujących ulicami w nieokreślonym celu. Jednak im dalej na północ tym więcej luzu... Zawsze idąc ulicami XXVII lub XVIII dzielnicy spotykam ludzi, którzy diametralnie różnią się od zabieganych karierowiczów. Bije od nich pewien szczególny rodzaj luzu, czasami nawet tak zwany 'tumiwisizm', co jest dość inspirujące. Mówiąc o prawym brzegu Sekwany, nie można zapomnieć o okolicach Forum Les Halles. Popołudniami można tam spotkać liczne grupy czarnoskórych mieszkańców miasta, którzy mogą poszczycić się stylem zupełnie niepodobnym do 'całej reszty świata'. Kolorowe, nierzadko jaskrawe ubrania, najnowsze modele butów Nike dają chwilowe wrażenie, że znajduję się gdzieś w szalonym Nowym Jorku lat osiemdziesiątych, a nie w tym statecznym i eleganckim Paryżu. Oczywiście jest to bardzo pozytywne wrażenie, różnorodność zawsze jest pozytywna. A nieco na wschód, lecz ciągle na prawym brzegu mamy słynną dzielnicą Marais. I tam dopiero zaczyna się prawdziwy pokaz mody! Rzesze młodych ludzi, różnych płci, ras, narodowości chwalą się swoim poczuciem mody. Niejednokrotnie spotyka się tam drag-queens, gotów bądź osoby inspirujące się w modzie japońską mangą. Pośród nich przemykają znakomicie ubrane dzieci bogatych rodziców, czasem jakaś gwiazda. Nikt nikomu nie przeszkadza, koegzystują w niewielkim Marais i każdy z nich zwraca uwagę czymś wyjątkowym. A prosto z Marais można przenieść się na drugą stronę rzeki. Tutaj, w VI i VII dzielnicy można zaobserwować mój ulubiony 'paryski szyk'. Niewymuszona elegancja lub perfekcyjna nonszalancja. Nawet jeżeli wydaje nam się, że ktoś narzucił na siebie stary rozciągnięty podkoszulek, znoszone dżinsy i trampki to nie jest to kwestia przypadku. Podkoszulek to pewnie podniszczony Ralph Lauren, dżinsy Levi's a trampki obowiązkowo Converse. Do tego dodatki, które oczyściłyby doszczętnie niejeden portfel. Wedle mojej subiektywnej obserwacji dziewczyny są tu najładniesze. Smukłe, opalone. I również propagujące niewymuszoną elegancję. Do dziś nie wiem na czym dokładnie opiera się ich styl. Stroje są zazwyczaj z pozoru niedopracowane, ale perfekcyjne. Znanymi propagatorkami takiej mody są m.in. Lou Doillon (córka Serge'a Gainsbourga i Jane Birkin) lub francuska modelka Constance Jablonski. Nieco dalej znajduje się dzielnica XVI. Według niektórych podań, to ta 'najbogatsza'. Kiedyś gdzieś przeczytałam, że "pełno w niej ładnych ludzi, rodziców cieszących się swoimi późno urodzonymi dziećmi, a wszyscy mają labradory". Rzadko zapuszczam się w tamte okolice, ale coś w tym jest. Widać tam mieszankę prawdziwych elegantów z tymi nonszalanckimi. I labradory też widać.

Drugi czynnik to niewątpliwie poziom życia. Życie w Paryżu jest drogie, a pensje nie aż tak oszałamiające. Więc mamy tu do czynienia z prawdziwymi bogaczami, bogaczami stylizującymi się na mniej bogatych (hm... może wzorem gwiazd Hollywood?), 'normalnymi' ludźmi, nieco biedniejszymi, aż wreszcie z bezdomnymi, których w Paryżu jest bardzo wielu. Jak łatwo się domyślić, bogaci noszą drogie i markowe rzeczy (co nie znaczy, że zawsze ładne), normalni markowe i z 'sieciówek', a biedni? Trudno powiedzieć, ale też trudno tak naprawdę te wszystkie grupy rozróżnić. Od każdej reguły zdarzają się wyjątki, a moje rozróżnienie to tylko efekt swobodnych przemyśleń.

Trzeci i ostatni punkt będzie się trochę różnił od poprzednich. Nie będzie dotyczył stricte Paryżan. Otóż, pomimo iż mieszkam tu krótko, to zauważyłam bardzo ważną rzecz: styl (lub jego brak u turystów), szczególnie amerykańskich. Wywód, który zaraz nastąpi nie ma na celu obrażania innych narodów, bo jestem osobą otwartą i ciekawą świata, ale jedynie pokazanie kilku 'rażących' dla tubylców przykładów. Zacznijmy od butów. Niejednokrotnie byłam świadkiem wybuchu śmiechu miejscowych na widok turysty X. Niemiłe, wiem. Jednak dopiero gdy zrozumiałam co było jego powodem odważyłam się sama zachichotać pod nosem. Mianowicie, turysta X miał na sobie wielkie, śnieżnobiałe, markowe adidasy. Takie jak do joggingu albo gry w kosza. Ten rodzaj butów jest tutaj synonimem Ameryki. A Amerykanie to pieniądze. A pieniądze to pożywka dla kieszonkowców, itp., itd. A przecież prawie wszyscy Amerykanie takie noszą gdy jadą za granicę, no nie? Tak więc adidasom mówimy "bye, bye". Mało przychylnym okiem cieszą się również dresy i gumowe japonki. Długo można by rozprawiać na temat przyczyn owej niechęci, ale ja wyciągam jeden wniosek: to co sportowe, nadaje się na siłownię/basen/plażę, a nie na ulice. I mam wrażenie, że ten sam tok myślenia uskuteczniają Paryżanie.

Podsumowując można powiedzieć, że Paryż ma różne oblicza. Z jednej strony to stolica mody. Najwięksi mistrzowie światowego krawiectwa tworzyli właśnie tu (Yves Saint Laurent, Coco Chanel, Christian Dior, Jeanne Lanvin) i duch owych czasów do dzisiaj jest wyczuwalny w poszczególnych zakątkach miasta. Z drugiej strony jednak, miasto rozwija się, ludzie coraz bardziej inspirują się zagranicznymi gwiazdami, modą z innych zakątków świata. Tak więc nie klasyfikujmy Paryża jako eleganckiego, każdy elegancję definiuje inaczej. Paryż, jak każde inne miasto świata pędzi do przodu, zmienia się i niejedno ma oblicze. Jedyna różnica tkwi w tym, że w centrum Paryża nie spotkamy wielu* wieżowców, nie ma stalowo-szklanych konstrukcji pełnych sztywnych biznesmenów. Tutejszy pęd i pogoń za nowoczesnością odbywa się na wiekowych ulicach, na tle zabytkowych kamienic.

________________________

*w centrum Paryża znajduje się tylko jeden 'wieżowiec' - Tour Montparnasse. Tak, to 'coś' to właśnie TO. Jak mawiają mądrzy ludzie: "najpiękniejszy widok Paryża można podziwiac z wieży Montparnasse... bo nie widać na nim tej wieży". ;)

Dla zainteresowanych stylem Paryżan i Paryżanek załączam kilka linków:

Style Peeper - Paris - moda uliczna z Paryża (i nie tylko)

Style and The City - okiem Kamela Lamadi

Garance Doré - najbardziej znana francuska blogerka modowa, pisze również po angielsku (czasami strona nie otwiera się za pierwszym razem - trzeba odświeżyć)

Tagi: moda Paryż
23:25, voguette
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 sierpnia 2010

Wstyd się przyznać, ale we Francji jestem nie pierwszy raz, a bardzo rzadko zdarza mi się opuszczać Paryż. Nawet tutejsze przedmieścia (fr. banlieu) nie są mi znane, nie wspominając już o odleglejszych zakątkach kraju. I właśnie z tego powodu bardzo ucieszyła mnie propozycja ciotki, aby w niedzielne popołudnie wybrać się do Vincennes, podparyskiego miasteczka, którego główną atrakcją jest zamek. Przy okazji poznałam również moją francuską ciotkę nr 2, bardzo uroczą starszą panią, która odwiedziała swoją córkę (czyli ciotkę nr 1), a na stałe mieszkającą w Dunkierce. Mam nadzieję, że do Dunkierki również kiedyś zawitam, bo zaciekawiło mnie to wietrzne, portowe miasto. Wracając jednak do naszej wyprawy, muszę podkreślić, że w Vincennes największym rozczarowaniem był właśnie ów zamek (na zdjęciach poniżej), może dlatego, że nie jestem fanką zwiedzania tego typu budowli. Dużo lepsze wrażenie zrobił na mnie Parc Floral de Paris (w którym zapomniałam zrobić choćby jedno zdjęcie - brawa dla mnie), zaś najlepsze wrażenie to le café gourmand w pobliskiej kawiarnii Drapeau. Jest to zestaw składający się z filiżanki espresso oraz kilku mini-deserów, w naszym przypadku były to crème brûlée, mousse au chocolat i tarte aux poireaux czyli po naszemu: krem jajeczny z warstwą skarmelizowanego cukru, mus czekoladowy oraz tarta z gruszkami. Chyba nie muszę już dodawać, że jestem największym łasuchem pod słońcem. Tak, nie ma to jak zamiast wycieczki opisywać jedzenie... Po długim spacerze w Vincennes zostałam zaproszona po raz pierwszy do nowego mieszkania owej paryskiej ciotki, również na przedmieściach, tyle, że tym razem z zupełnie innej strony miasta. Genevilliers nie zaskakuje niczym szczególnym, bloki wyglądają niemal tak samo jak te znane mi z polskich osiedli. Ponoć niebiezpieczna dzielnica, ale miałam okazję poznać kilku sąsiadów i trzeba przyznać, że to bardzo mili i kulturalni ludzie. Nasłuchałam się od nich wielu komplementów, z których połowy nie zrozumiałam, ale i tak poprawiły mi humor o 200%. Opis wieczoru sobie podaruję, bo myślę, że mało kto ma ochotę czytać o kolejnych potrawach, winie i deserach. Podsumowując, była to z pewnością najlmilej spędzona niedziela w Paryżu.