RSS
wtorek, 27 lipca 2010

Czytając Wasze komentarze doszłam do wniosku, że pisanie bloga sprawia mi coraz większą przyjemność i nawet nie mając nic konkretnego do przekazania chcę pisać. Tym sposobem postanowiłam opisać Wam to, jak właściwie znalazłam się w Paryżu oraz mój typowy dzień (wakacyjny, rzecz jasna).

Otóż, mieszkanie w Paryżu było moim marzeniem od chwili, gdy kilka lat temu zobaczyłam w telewizji program "Paris, Paris" prowadzony na antenie TVN Style przez Joannę Horodyńską. Prowadząca odwiedzała różne ciekawe miejsca, spotykała się z różnymi ludźmi (m.in. z Michałem Kwiatkowskim, kiedy w Polsce nikt jeszcze o nim nie słyszał) i oprowadzała widzów po Paryżu "kobiecymi" ścieżkami. Oczywiście nie znałam wtedy ani słowa w żabojadzkim języku, ale strasznie mi się podobało, że p. Horodyńska go używa. Miałam wtedy około trzynastu lat i słomiany zapał do wszystkiego więc nikt nie brał na poważnie mojego zainteresowania Francją. Kilka lat później zdałam maturę z języka francuskiego, na poziomie rozszerzonym i z bardzo przyzwoitym wynikiem, jednak nie miałam zielonego pojęcia co ze sobą dalej począć. Z jednej strony ciągnęło mnie do Francji, a z drugiej zatrzymywało względnie ułożone życie w Polsce i obawa, że bez rodziny sobie nie poradzę. Poza tym ciągle brakowało mi pomysłu na studia. Jestem humanistką, ale kierunki typu politologia czy socjologia mnie nie kręcą, zaś nie chciałam zostać kolejnym tłumaczem. Jak to zodiakalny Wodnik (i ja nienawidzę horoskopów...) zawsze mnie gdzieś nosi i nie wyobrażam sobie siebie spędzającej połowy dnia za biurkiem. ;) I pomiędzy tymi wszystkimi rozważaniami nastąpił przełom: wymyśliłam (a właściwie to moja Mama wymyśliła...), że jednak pojadę do kraju, o którym tak długo marzyłam. Na początek nie na studia, a na roczny Cours de Civilisation Francaise de la Sorbonne. Mam nadzieję, że pomoże mi on lepiej poznać język francuski (co bym nie zginęła na pierwszym wykładzie na francuskim uniwersytecie, bądź miała się czym popisać w Polsce :)) oraz kulturę frankofońską. Gdy szczęśliwie udało mi się znaleźć małe mieszkanie w ukochanej 6e arrondissement cieszyłam się jak małe dziecko. Pomimo rozłąki z Rodziną i Psem jestem w tej swojej samotności szczęśliwa. Zajęcia CCFS zacznę dopiero w październiku, więc mam dużo czasu na zaaklimatyzowanie się, załatwienie wszystkich formalności (ach, ta duma gdy samodzielnie otworzyłam konto w banku i wykupiłam telefon i internet!) oraz błogie lenistwo, które zresztą codziennie uskuteczniam.

I tutaj przechodzimy do tego co robię na codzień. Nie wiodę tu najciekawszego żywota na świecie, ale z pewnością jest bardzo relaksujący i... powolny. Na początek pobudka (zwykle ok. 8-9, ale - nie wiedzieć czemu - od kilku dni ok. 11). Potem powolne śniadanie lub wyprawa na dobrą kawę.* Po śniadaniu (o ile nie czekam na kuriera...) spacerem zmierzam przed siebie, najczęściej lądując w parku. Potrafię tak spędzić naprawdę dużą część dnia słuchając audiobooka**, przeglądając gazety i przyglądając się ludziom. Po powrocie do domu jestem zazwyczaj głodna, więc jem i spędzam trochę czasu w domu, bo naprawdę nie lubię fali Paryżan, która przepływa przez chodniki i ulice w godzinach 16-18. A po 18 szybkie zakupy w markecie z kilometrowymi kolejkami, kolacja i codzienna porcja Internetu i TV. Późnym wieczorem obowiązkowy telefon do domu i spanie. Jak widać nie ma szału, ale popadłam już w lekką rutynę i zupełnie mi ten spokój i monotonność nie przeszkadzają. Oczywiście od czasu do czasu spotykam się z Ciotką lub mieszkającą tu koleżanką, ale umówmy się: one mają tutaj swoje własne, ułożone życia, a ja moje dopiero zaczynam. Z nadzieją, że pewnego dnia będzie tak samo ciekawe i pełne emocji.

Dowód mojego błogiego lenistwa (dzisiejszego!) w Jardin du Luxemburg:

__________________________

*dobra kawa to dla mnie (wbrew obiegowej opinii) najczęściej Starbucks. Anegdotka: Dzisiaj żartując z ulubionym sprzedawcą (tak, jestem takim samotnikiem, że mam już ulubionych kelnerów i sprzedawców ;)) popisałam się niebywałym rozgarnięciem. Facet upuścił na podłogę banknot i zaczął go szukać śmiejąc się sam z siebie, na co ja pełnym zrozumienia tonem rzuciłam "Lundi, c'est normal!" ("W poniedziałki to normalne!"). Oczywiście pośmialiśmy się z mojego błyskotliwego hasła i dopiero siedząc przy stoliku dotarło do mnie, że dzisiaj mamy wtorek...

**audiobook - ostatnio "Dziewczyna, która igrała z ogniem" Stiega Larssona. Wszystkim wielbicielom thrillerów i kryminałów polecam całą trylogię "Millenium".

http://img844.imageshack.us/img844/5552/img0357w.jpg
niedziela, 25 lipca 2010

Nawet nie wiem kiedy zleciał mi poprzedni tydzień. Wydaje mi się, że dopiero co odebrałam N. z lotniska, a tymczasem ona wróciła już do Polski. Muszę przyznać, że jeszcze nie zdążyłam odespać, a już odczuwam nudę. Nie jestem pewna czy "nuda" to dobre określenie, bo według wszelkich wzorców powinnam napisać "samotność", co jest po części prawdą, ale brzmi dużo bardziej przerażająco. Zostańmy więc przy wersji: znowu się nudzę.

Ze względu na intensywny charakter poprzedniego tygodnia, nie zdążyłam zrobić żadnych fajnych zdjęć. Całe dnie spędzałyśmy na chodzeniu bez celu po mieście (gdyby się dało to chodziłabym wszędzie pieszo), jedzeniu, oglądaniu "Skins", jedzeniu, chodzieniu na soldes, jedzeniu, gadaniu, jedzeniu, opalaniu się w Jardin du Luxemburg lub Tuileries i jedzeniu. Bonusem były odwiedziny u ciotki i wujka N., którzy tu mieszkają (i dają dobre jedzenie...), wyjście do Musée d'Orsay oraz wystawa kreacji Yves Saint Laurent, zorganizowana w Petit Palais i trwająca do 29 sierpnia 2010r. Serdecznie polecam, bo oprócz pięknych ubrań, dodatków oraz zdjęć (np. pokój poświęcony Catherine Deneuve) jest to jedna z lepiej zorganizowanych wystaw tymczasowych na jakich byłam. Więcej informacji znajdziecie tutaj. Natomiast jedno z moich ulubionych, nowo odkrytych zajęć na ciepłe dni to opalanie się w paryskich parkach. W skrócie polega ono na oparciu nóg na brzegu fontanny, wystawianiu twarzy w kierunku słońca i żłopaniu hektolitrów wody (o której niestety często zapominam). Bardzo relaksująca sprawda, szczególnie gdy porównamy to ze zwiedzaniem Montmartre. Montmartre to niewątpliwie bardzo urokliwa część Paryża (i mówię to ja, wierna fanka, obrończyni i okupantka lewego brzegu Sekwany), ale cały urok ulotnił się wraz z wpuszczeniem tam hordy turystów. I słowo "horda" najlepiej tu pasuje, przynajmniej mając na myśli niektórych zwiedzających wczoraj (sobota, 24 lipca) w godzinach 13-15. Olaboga, nigdy więcej. Tak więc przeszłyśmy się dookoła bazyliki Sacre Coeur, powspinałyśmy się po stromych uliczkach i zjadłyśmy crêpes citron, które pozostawiły cudne ślady na moich beżowych spodniach...Ot, taka pamiątka. ;)

Jedyny mankament tej imprezy to godzina powrotu N. do Polski - wylot o 7:20 rano, barbarzyństwo! O 4:45 wsadzając ją do taksówki odkryłam, że kierowca jest równie zdezorientowany o takiej porze co ja - "Bonjour... ou bonsoir?" - zawahał się przy powitaniu. Uf, Paryżanie też potrafią być ludzcy. N. pojechała z owym taksówkarzem, znającym 9 języków obcych (jak każdy zagraniczny taksówkarz... ;)), a ja poszłam spać. Spać to mało powiedziane, bo niecałe 4 godziny później gnałam do supermarché i szukałam otwartej piekarnii, aby móc teraz (13:22) zjeść śniadanie i pisać tę notkę żując brioche.

A oto zawartość walizki N.:

PS. Sreberko ze zdjęcia to żadne narkotyki, tylko ciasto od Mamy N.

PPS. Nawiązując do taksówkarza: chyba któryś z następnych tekstów będzie o kierowcach. Francuskich, a właściwie paryskich kierowcach. Boję się tylko, że zanim go napiszę, rozjedzie mnie któryś z tutejszych mistrzów kierownicy. ;)

 

sobota, 17 lipca 2010

W ten weekend jest chyba najszczęśliwszą osobą na świecie! Otóż, jutro odwiedza mnie moja dobra przyjaciółka i zostaje aż tydzień. Niby nic, ale dla mnie znaczy wiele, bo od przeprowadzki do tego dziwnego kraju czuję się trochę samotna. A tak to na samą myśl o odbieraniu jej z lotniska robi mi się wesoło. :) Znając życie (a raczej znając siebie i N.) będziemy dużo chodzić, dużo jeść i może nawet dużo fotografować, tak więc oby się udało, żebym za tydzień mogła Wam co nieco pokazać. Niestety jej przyjazd może się też wiązać z tymczasową ciszą na blogu, ale kto wie? Postaram się coś wrzucić już w tzw. międzyczasie.

Poza tym to wreszcie odebrałam moje buty. Nie obyło się bez małych komplikacji (podatek, abstrakcyjnie wysoki w stosunku do ceny butów), ale za to jestem zadowolona (chyba jak każda kobieta mając w posiadaniu buty swoich marzeń... ;)). Piątek i sobotę poświęciłam na odgruzowywanie mieszkania i czyszczenie wszystkiego co mi się nawinęło, więc nie jestem na bieżąco z ostatnimi wydarzeniami na świecie, we Francji czy w Paryżu, lecz postaram się nadrobić, aby następna notka była przyjemniesza i nie wyglądała jak z kategorii "wyznania kury domowej".

A w ramach weekendowej przyjemności wrzucam kilka czerwcowych zdjęć z ogrodów Tuilleries. Udanej niedzieli!

czwartek, 15 lipca 2010

...przesyłkę miałam otrzymać. I tu mała pauza: nie minął jeden dzień od założenia bloga, a ja już czuję potrzebę uzewnętrznienia swojej irytacji. Trudno, padło na Was.

Ale zacznijmy od początku. Zamówiłam sobie parę ślicznych bucików prosto z USA. Ładne, niedrogie, no wprost idealne! Buty miały przybyć za pośrednictwem kuriera pewnej bardzo znanej, międzynarodowej firmy (w tym miejscu należy zaznaczyć, że żaden ze mnie burżuj, po prostu była promocja i czy pocztą, czy kurierem nie płaciło się za przesyłkę). I właśnie tu zaczął się problem, który, z początku błahy, doprowadza mnie powoli do szewskiej pasji.

Otóż, przy zamówieniu Voguette podała szpanerski adres w Paryżu, digicode*, numer klatki oraz piętro (w moim budynku mieszkania nie mają oficjalnych numerów). No i czekała sobie na kuriera i czekała, żyjąc w przeświadczeniu, że tutaj (tak jak w Polsce) kurier dzwoni żeby umówić się na konkretny termin i godzinę dostawy. I tutaj zonk, bo kurier nie dzwoni. Najwyraźniej oczekuje, że znając przybliżoną datę przesyłki (a poznać można ją tylko przez Internet) będzie się siedziało calutki dzionek w domu i czekało (od g. 10 do 19 a nawet później). Ja bynajmniej tak nie zrobiłam, wyszłam po zakupy i na kawkę oczywiście wszystko w promieniu 300m od domu co by na telefon kuriera szybko wrócić. A że kurier nie zadzwonił, to wróciłam do domu i dalej czekałam. I czekałam. I czekałam do dzisiaj, ale o tym za chwilę. Około godziny 18 postanowiłam sprawdzić w Internecie what's going on. I jakie było moje zdziwienie gdy zobaczyłam wymalowane czerwonymi literkami hasło "odbiorca anulował zamówienie". Tego to już było za wiele jak na moją, i tak niewielką, cierpliwość więc zadzwoniłam do biura obsługi petenta. Oczywiście poprosiłam o osobę english-speaking, bo ze złości nie byłam w stanie za bardzo szprechać po francusku. Telefon odebrała miła pani, której angielski był typowo francuski**, więc porozmawiałyśmy w popularnym gdzieniegdzie franglais*** i przekonana, że wszystko wyjaśnione czekałam na kuriera dzisiaj od rana. Jakie było moje zdziwienie nr 2, gdy logując się na stronie UPS ujrzałam, że mój dom nie istnieje na mapie i dostawa znowu nie została wykonana. Tu mały przerywnik: po co w takim razie podaje się numer telefon? Ja myślałam, że m.in. na użytek zdezorientowanego kierowcy. Po zdziwieniu nr 2 nastąpił telefon nr 2 do biura obsługi petenta. Inna pani (również mówiąca we franglais) usiłowała przekonać mnie, że kurier przyjedzie jeszcze raz jutro, ale ta propozycja nie spotkała się z moją aprobatą (pewnie tym razem okazałoby się, że cała dzielnica nie istnieje ;)), więc ustaliłyśmy, że jutro pojadę do biura firmy przy rue Réaumur i sama sobie moją paczkę odbiorę. I tym z sposobem przesyłka ekspresowa zmieniła się w przesyłkę problemową.

Wnioski:

1. Przed złożeniem zamówienia z wysyłką do Francji należy upewnić się, że adres zawiera wszystkie niezbędne informacje (wiecie... usytuowanie drzwi do budynku - np. naprzeciwko zielono-żółtego kubła na śmieci i pod balkonem z czerwonymi pelargoniami; ilość stopni wiodących na czwarte piętro - licząc bez tych we foyer, tudzież kolor i nazwę producenta wycieraczki).

2. Najlepiej już na początku zorganizować sprawę tak, by kurier trafił - np. namalować strzałki na trasie, którą będzie musiał pokonać. ;)

3. Właściwie to jeszcze lepiej byłoby jakieś inne kupić buty w zwykłym sklepie, zamiast ściągać zza oceanu i narażać się na takie przygody - refleksja na przyszłość...

4. ...a teraz jeszcze lepsza refleksja: wystarczyło zamówić te same buty, za pośrednictwem poczty. Co prawda musiałyby płynąć wpław z Ameryki (7-20 dni roboczych), ale przynajmniej byłby możliwy odbiór w poczcie 5m od domu, za okazaniem avis, które listonosz zostawiłby w skrzynce na listy.

Cóż, być może nie jest to najciekawsza historia świata, ale idealnie pokazuje 'olewatorski' podejście Francuzów do niektórych spraw. Na pewno nie jest to przypadłość wszystkich obywateli (a właściwie pracowników tej magicznej firmy), ale czymże byłaby Francja bez utrudniania życia ludziom? Ano po prostu nie byłaby sobą.

____________________

* - zamek numeryczny przy wejściu do większości paryskich budynków. Jego numer znają mieszkańcy, listonosz, etc.

** - jak już wspominałam w poprzedniej notce, Francuzi niechętnie mówią po angielsku. Nie chodzi tu o złośliwość tylko o zwykły brak znajomości. Nie lubię generalizować, ale niestety w większości poziom tego języka pozostawia bardzo wiele do życzenia.

*** - mieszanina angielskiego i francuskiego czyli mówi się wedle uznania, używając słów w obu językach (bardzo przydatne gdy np. tak jak ja, nie zna się perfekcyjnie francuskiego, a rozmówca np. pani z firmy, nie zna hm.. zbyt dobrze angielskiego).

środa, 14 lipca 2010

Muszę przyznać, że Francja to piękny kraj. Ups, pardon! Paryż to nie Francja, to przecież centrum wszechświata, co to ja tu wypisuję. Paryżanie (według przewodników i quasi-specjalistów) są wiecznie naburmuszeni, nieskorzy do pomocy i dumni. Tak naprawdę to takie osobniki mogą trafić się wszędzie i miejsce zamieszkania nie ma z tym wiele wspólnego.

Kultowe są też historie jak to "...bo w tym Paryżu to nikt po angielsku nie mówi! Tak tam niby światowo a oni tylko po swojemu! (...)". Zazwyczaj jest to hit wśród znajomych dzielących się wrażeniami po wizycie w Mieście Świateł.

A właśnie - Miasto Świateł. W nocy faktycznie pięknie oświetlone, upstrzone iluminacjami na Tour Eiffel. W dzień również jest upstrzone tyle, że śmieciami i psimi caca. (Tutaj polecam książkę Stevena Clarke'a - "Merde! Rok w Paryżu", przedstawia jedynie lekko przesadzony obraz Paryża z przed ok. 6 lat). Tak więc wizje romantycznego, zadbanego miasta, którymi karmi się przybyszy z daleka celem nakłonienia ich do przyjazdu są powodem niemałego rozczarowania. Delikwent zamiast eleganckich par i wszechobecnej aury szyku widzi niesamowity kontrast biedy i bogactwa, brud i tłumy ciągle pędzących ludzi. Podobno taki stan rzeczy nazywa się syndromem paryskim. Według niezawodnej Wikipedii jest to "dolegliwość występująca u turystów, najczęściej japońskich, którzy odwiedzając Paryż odkrywają, że miasto nie spełnia ich oczekiwań, a ich wymarzony czy znany z mediów obraz Paryża różni się w znaczący sposób od rzeczywistości".

To tylko część stereotypów i przypowiastek związanych z Paryżem, które będę przytaczać na tym blogu. Z subiektywnym komentarzem i (mam nadzieję, że widoczną) dawką humoru. Tak więc Paryżan portret (nie)własny.

PS. Dzisiaj we Francji święto państwowe (14 lipca) - cóż za znamienna data na rozpoczęcie mojego bloga, haha! ;)