RSS
wtorek, 21 grudnia 2010

Od mniej więcej jedenastu godzin jestem w Polsce. To nic, że godzina i destynacja lotu przekładana byla 3 razy. To nic, że zamiast o 11:25 rano, wyleciałam o 11:00 w nocy. To nic, że samolot zamiast do Krakowa poleciał do Warszawy. To nic, że 2/3 bagaży (w tym mój) nie przyleciały razem z nami. To również nic, że aby to zgłosić na Okęciu, stałam 4h30min w kolejce. Jestem wściekła, smutna i zmęczona. Ale najbardziej to rozczarowana.

sobota, 18 grudnia 2010

Muszę przyznać, że przyszło mi na myśl skasowanie tego bloga. Już prawie Boże Narodzenie, więc aż mi wstyd, że ostatni wpis dokonał się 2 października (!). Jednak po przeczytaniu komentarza Camille (która, mam nadzieję, jeszcze nie uznała mnie za martwą) postanowiłam napisać co działo się przez ponad 2(!!!) miesiące mojej nieobecności. Zacząć należy od tego, że jakieś 12 godzin po napisaniu owego październikowego posta, zostałam okradziona. Po raz pierwszy w życiu mnie okradziono, ale przynajmniej nie byle gdzie, bo w Paryżu. Bez przytaczania zbędnych szczegółów (takich jak sobotni wieczór na komisaracie oraz późniejsze odnajdywanie dokumentów przez przypadkowych ludzi w równie przypadkowych częściach miasta) mogę powiedzieć, że prócz torebki, której nienawidziłam, kluczy oraz banknotu 10 euro i kupy bilonu, nie straciłam nic. No, może tylko sobotni wieczór, ale co mi tam.

Kilka dni po tej przygodzie rozpoczęłam zajęcia. Z początku uznałam je za banalne i byłam przekonana, że nie zaburzą mojego wiecznie wakacyjnego stylu życia, ale myliłam się. Po minionych dwóch miesiącach muszę przyznać, że nie mam siły na nic. Wstawanie codziennie o nieludzkiej i przypominającej nieodległe czasy liceum godzinie szóstej, połączone z pochmurną jesienno-zimową aurą oraz trochę nudnymi (nie ma się co oszukiwać, gramatyka i fonetyka nie są najciekawszymi rzeczami pod słońcem) zajęciami wprowadziło mnie w lekką depresję. A czym najlepiej leczy się depresję? Oglądaniem "Seksu w Wielkim Mieście" leżąc pod kołdrą ze słodyczami nie dalej niż w zasięgu wyprostowanej ręki. I tak oto mijają moje zimowe dni w pięknym Paryżu, który niestety ostatnio nie zachęca do żadnych, ani bliższych ani dalszych, wycieczek. Mimo tego wszechogarniającego lenistwa, całkiem niedawno dałam się wyciągnąć na wycieczkę do Chartres, miasta (..miasteczka?), słynącego z ogromnej gotyckiej katedry. Chartres znajduje się ok. 90km na południowy-zachód od Paryża, pociągi z Gare Montparnasse jeżdżą mniej więcej co godzinę. Ale wracając do tematu muszę przyznać, że katedra katedrą, ale to, co było najmilszym punktem tego wypadu to ceny. Wszystkie trzy, przyzwyczajone do paryskich cen, byłyśmy w niemałym szoku, gdy za normalną, identyczną jak paryska, gorącą czekoladę przyszło nam zapłacić 1.50E. Ktoś pewnie uzna, że to normalne iż na "prowincji" życie jest tańsze, ale mimo wszystko... Ta sama czekolada w Paryżu kosztowałaby 4-6E.

Niestety nawet czekolada za euro pięćdziesiąt nie uchroniła mnie przed przeziębieniem. Zmarzłam tego dnia tak bardzo, że właściwie to do tej pory mówię "nosowo" i kaszlę jak opętana. I właściwie to tyle. Aż sama się dziwię, że 2 miesiące z życia zmieściły się w tak krótkim tekście, ale taka jest prawda. Prowadzę sobie spokojne życie, chodzę do szkoły, wychodzę ze znajomymi, niemal już zawodowo szukam pracy i zapominam o blogu. Ale na jutro mam mały plan i mam nadzieję, że pogoda chociaż raz postanowi działać na moją korzyść, bowiem chcę zobaczyć cmenatrz Père Lachaise pod śniegiem. Choćby to była najcieńsza warstwa, ale niech będzie. A teraz zostawiam kilka zdjęć ze wspomnianej wycieczki do Chartres i wracam przeżywać problemy bohaterek SATC.

PS. W ten poniedziałek jadę do Polski na Gwiazdkę i Nowy Rok więc paryskich aktualizacji nie ma co się spodziewać... ale jak już wiecie, nigdy nie wiadomo czego się spodziewać po mnie i po moim blogu.

 

PPS. Po przeczytaniu kilku poprzednich notek (czyżby przejaw narcyzmu?) zauważyłam, że mam tendecję do pisania słów "...a o tym napiszę w kolejnej notce". No i nigdy tego postanowienia nie realizuję. Więc gwoli ścisłości: niefortunnie obcięte włosy zdążyły już odrosnąć (w końcu to ponad 2 miesiące), a na francuskich "kierowców" pewnie nadejdzie kiedyś odpowiednia pora! ;)