RSS
poniedziałek, 15 października 2012

Dokładnie jeden rok, dziesięć miesięcy i trzynaście dni od ostatniego wpisu zdecydowałam się zamieścić coś na tym blogu. Pewnie i tak już nikt na niego nie wchodzi, ale co mi tam. Sprawię tym przyjemność sama sobie.

Jeden rok, dziesięć miesięcy i trzynaście dni temu nie byłam specjalnie przekonana co chcę właściwie robić w Paryżu. I w sumie to niewiele się zmieniło, bo dalej tego nie wiem. Od ponad roku studiuję socjologię i szukam swojego miejsca w tym mieście, póki co z marnym skutkiem. O Paryżu mówi się, że jest miastem miłości, światła i elegancji. To wszystko jest oczywiście prawdą, ale stolica Francji ma też drugie oblicze. Jest to miasto ludzi zamkniętych, ciężko się tutaj zaaklimatyzować. Oczywiście znajdą się tacy, którzy z dnia na dzień znajdą grono fantastycznych znajomych, ale owi szczęściarze stanowią znaczną mniejszość... Przynajmniej w moim mniemaniu. Osobiście, siedząc tutaj już dwa i pół roku, śmiem twierdzić, że znalazłam sobie małe, ale za to całkiem ciekawe grono przyjaciół. Także tego, chwilowo jestem szczęśliwa.

Zakładając tego bloga byłam przekonana, że będę go aktualizować regularnie, co najmniej 2-3 razy w tygodniu. Stało się jednak inaczej, mój (słomiany) zapał opadł i blog popadł w niepamięć. Postaram się jednak nadrobić stracony czas (obiecanki-cacanki) i ruszyć pełną parą z aktualizacjami.

Do zobaczenia wkrótce.

sobota, 01 stycznia 2011

No i jest... Nowy Rok 2011 już tu jest. Ostatnią noc roku 2010 (według mediów bardzo kontrowersyjnego) spędziłam we wspaniałym, czysto damskim towarzystwie. Dziękuję!

Czytelnikom (jeśli tacy jeszcze są) mojego bloga życzę jak najbardziej wesołego, udanego i szczęśliwego Nowego Roku!

 

PS. Od 2 dni moja walizka jest z powrotem w moim posiadaniu. Jak to mówią "lepiej późno niż wcale"...

19:07, voguette
Link Komentarze (2) »
wtorek, 21 grudnia 2010

Od mniej więcej jedenastu godzin jestem w Polsce. To nic, że godzina i destynacja lotu przekładana byla 3 razy. To nic, że zamiast o 11:25 rano, wyleciałam o 11:00 w nocy. To nic, że samolot zamiast do Krakowa poleciał do Warszawy. To nic, że 2/3 bagaży (w tym mój) nie przyleciały razem z nami. To również nic, że aby to zgłosić na Okęciu, stałam 4h30min w kolejce. Jestem wściekła, smutna i zmęczona. Ale najbardziej to rozczarowana.

sobota, 18 grudnia 2010

Muszę przyznać, że przyszło mi na myśl skasowanie tego bloga. Już prawie Boże Narodzenie, więc aż mi wstyd, że ostatni wpis dokonał się 2 października (!). Jednak po przeczytaniu komentarza Camille (która, mam nadzieję, jeszcze nie uznała mnie za martwą) postanowiłam napisać co działo się przez ponad 2(!!!) miesiące mojej nieobecności. Zacząć należy od tego, że jakieś 12 godzin po napisaniu owego październikowego posta, zostałam okradziona. Po raz pierwszy w życiu mnie okradziono, ale przynajmniej nie byle gdzie, bo w Paryżu. Bez przytaczania zbędnych szczegółów (takich jak sobotni wieczór na komisaracie oraz późniejsze odnajdywanie dokumentów przez przypadkowych ludzi w równie przypadkowych częściach miasta) mogę powiedzieć, że prócz torebki, której nienawidziłam, kluczy oraz banknotu 10 euro i kupy bilonu, nie straciłam nic. No, może tylko sobotni wieczór, ale co mi tam.

Kilka dni po tej przygodzie rozpoczęłam zajęcia. Z początku uznałam je za banalne i byłam przekonana, że nie zaburzą mojego wiecznie wakacyjnego stylu życia, ale myliłam się. Po minionych dwóch miesiącach muszę przyznać, że nie mam siły na nic. Wstawanie codziennie o nieludzkiej i przypominającej nieodległe czasy liceum godzinie szóstej, połączone z pochmurną jesienno-zimową aurą oraz trochę nudnymi (nie ma się co oszukiwać, gramatyka i fonetyka nie są najciekawszymi rzeczami pod słońcem) zajęciami wprowadziło mnie w lekką depresję. A czym najlepiej leczy się depresję? Oglądaniem "Seksu w Wielkim Mieście" leżąc pod kołdrą ze słodyczami nie dalej niż w zasięgu wyprostowanej ręki. I tak oto mijają moje zimowe dni w pięknym Paryżu, który niestety ostatnio nie zachęca do żadnych, ani bliższych ani dalszych, wycieczek. Mimo tego wszechogarniającego lenistwa, całkiem niedawno dałam się wyciągnąć na wycieczkę do Chartres, miasta (..miasteczka?), słynącego z ogromnej gotyckiej katedry. Chartres znajduje się ok. 90km na południowy-zachód od Paryża, pociągi z Gare Montparnasse jeżdżą mniej więcej co godzinę. Ale wracając do tematu muszę przyznać, że katedra katedrą, ale to, co było najmilszym punktem tego wypadu to ceny. Wszystkie trzy, przyzwyczajone do paryskich cen, byłyśmy w niemałym szoku, gdy za normalną, identyczną jak paryska, gorącą czekoladę przyszło nam zapłacić 1.50E. Ktoś pewnie uzna, że to normalne iż na "prowincji" życie jest tańsze, ale mimo wszystko... Ta sama czekolada w Paryżu kosztowałaby 4-6E.

Niestety nawet czekolada za euro pięćdziesiąt nie uchroniła mnie przed przeziębieniem. Zmarzłam tego dnia tak bardzo, że właściwie to do tej pory mówię "nosowo" i kaszlę jak opętana. I właściwie to tyle. Aż sama się dziwię, że 2 miesiące z życia zmieściły się w tak krótkim tekście, ale taka jest prawda. Prowadzę sobie spokojne życie, chodzę do szkoły, wychodzę ze znajomymi, niemal już zawodowo szukam pracy i zapominam o blogu. Ale na jutro mam mały plan i mam nadzieję, że pogoda chociaż raz postanowi działać na moją korzyść, bowiem chcę zobaczyć cmenatrz Père Lachaise pod śniegiem. Choćby to była najcieńsza warstwa, ale niech będzie. A teraz zostawiam kilka zdjęć ze wspomnianej wycieczki do Chartres i wracam przeżywać problemy bohaterek SATC.

PS. W ten poniedziałek jadę do Polski na Gwiazdkę i Nowy Rok więc paryskich aktualizacji nie ma co się spodziewać... ale jak już wiecie, nigdy nie wiadomo czego się spodziewać po mnie i po moim blogu.

 

PPS. Po przeczytaniu kilku poprzednich notek (czyżby przejaw narcyzmu?) zauważyłam, że mam tendecję do pisania słów "...a o tym napiszę w kolejnej notce". No i nigdy tego postanowienia nie realizuję. Więc gwoli ścisłości: niefortunnie obcięte włosy zdążyły już odrosnąć (w końcu to ponad 2 miesiące), a na francuskich "kierowców" pewnie nadejdzie kiedyś odpowiednia pora! ;)

sobota, 02 października 2010

...wolałabym być facetem. Wtedy zwracano by się do mnie 'monsieur'. I nie byłabym teraz pogrążona w rozpaczy. Przecież to nie moja wina, że wyglądam staro jak na swój wiek, dlatego proszę... BŁAGAM, Szanowni Francuzi, nie mówcie do mnie 'madame'.

Naszła mnie taka refleksja: może jeśli trochę zmienię styl, a niefortunnie obcięte włosy* mi odrosną to znów będę upragnioną 'mademoiselle'?

_________

*a o tym na 100% napiszę w kolejnej notce, będzie śmiesznie...

02:00, voguette
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 września 2010

...muzyki techno w Paryżu. Tak, tutaj nawet takie rzeczy się zdarzają. Nie jestem fanką takiej muzyki, ale jeśli parada powoduje zamknięcie ruchu w samym centrum, niemalże pod moimi oknami to musiałam, po prostu musiałam iść zobaczyć co to się dzieje. Całość miała miejsce 25 września, a platformy przejechały trasę od Denfert-Rochereau, przez Boulevard Saint Michel i Saint Germain a swój koniec miała na Place de la Bastille. Takiej ilość policji i żandarmerii w jednym miejscu to ja tu jeszcze nie widziałam. Aby przybliżyć troszkę koncept tego przedwsięzięcia (?) wrzucam króciutki filmik i z góry proszę o wyrozumiałość, bo: nie były kręcone na potrzeby bloga, za kamerę posłużył iphone, a na dodatek nie umiem edytować filmików i trzeba je oglądać przechylając głowę na boki. ;) Także miłej gimnastyki przy dźwiękach muzyki!

Tagi: muzyka Paryż
17:06, voguette
Link Komentarze (2) »
wtorek, 14 września 2010

Jakiś czas mnie tu nie było. Niestety, z przyczyn technicznych. Nie był to wyraz mojej złej woli albo znudzenie blogiem, po prostutuż po przyjeździe do Polski mój komputer odmówił posłuszeństwa i niestety, po sześciu wspólnie spędzonych latach, przyszło nam się pożegnać. Fakt, że dorobiłam się godnego następcy, ale tenże następca nie znał hasła do tego bloga. A ja niestety go nie pamiętałam, lecz wczoraj mnie olśniło. Tak to jest gdy człowiek każde konto, w każdym portalu zabezpiecza innym hasłem. Ale co tam, wróćmy do faktów.

Ogólnie mój wyjazd był bardzo udany. Spędziłam dwa przyjemne tygodnie w Polsce i jeden (niespodziewanie) w Grecji z Mamą. Jednak żałuję, że nie udało mi się spotkać z tyloma osobami z iloma bym chciała... Ale trudno, jeszcze będzie okazja. O ile wyjazd i pobyt w Polsce były wspaniałe (nawet kwestia prysznica się wyjaśniła!) to powrót to Paryżewa zamienił się w koszmar, w momencie gdy samolot wylądował na lotnisku Charlesa de Gaulle'a. Najpierw zgubiłam telefon. Tak, na prostej drodze z samolotu do taśm z walizkami można zgubić telefon. Zauważyłam to gdy maszerując po taśmie (płaskie schody ruchome, które mi osobiście kojarzą się z tymi kółkami po których "zapierniczają" chomiki) przeszukiwałam swoją przepastną torbę. Wtedy jeszcze nie było powodu do zmartwień - torba ogromna i wypchana po brzegi, więc telefon pewnie gdzieś się w niej przede mną chowa. No ale nic. Wsiadłam do taksówki i postanowiłam przekopać torbę wzdłuż i wszerz. Telefonu nie ma. Rozczarowana zajęłam się podziwianiem wątpliwych atrakcji przedmieść Paryża, które migały za szybą samochodu. Warto dodać, że taksówkarz należał to najgorszej z możliwie najgorszych grup kierowców we Francji, więc jedyne o czy marzyłam to wysiadka. Niestety moje przemyślenia na temat jego umiejętności oraz rozpacz nad zgubionym telefonem zostały przerwane. I to nie byle jak, bo przez gwałtowne szarpnięcie i huk. Pan skasował całą maskę swojego mercedesa i tył samochodu jakiejś pani. Zły Paryż vs. Voguette - 2:0. Przymusowy półgodzinny postój wypełniony był modlitwami żeby pan nie wysadził mnie w środku pola, bo auto się zepsuło. Na szczęście pomimo malowniczo skasowanego dzióbka taksówka pojechała dalej i dowiozła mnie do domu. Wtargałam swoje 20kg na czwarte piętro (bez windy), mało nie łamiąc nóg na wypolerowanych, drewnianych i kręconych (sic!) schodach. Czym prędzej zadzwoniłam do Mamy, aby zablokowała u pewnego operatora mój polski numer, wyrobiła duplikat karty sim i załatwiła jakiś telefon zastępczy. Wieczorem, gdy sprawa telefonu była rozwiązana (lecz wciąż bolesna) dostałam maila. Od nieznanego mi nadawcy. Już myślałam, że to jakiś spam, a tu proszę, jakiś chłopina pracujący na lotnisku znalazl w samolocie (wiem, żałosne...) mój telefon i chce mi go oddać. Nie mogłam uwierzyć, ale faktycznie, dzień później telefon w nienaruszonym stanie wrócił w moje posiadanie. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć w bezinteresowność niektórych ludzi (znalazca nie chciał ani centa "znaleźnego") i jest bardzo mile rozczarowana. :)

To był zdecydowanie szalony piątek, najbardziej pokręcony dzień w moim życiu (jak dotąd!). Przepraszam za długą nieobecność i obiecuję, że postaram się "nadrobić stracony czas".

 

Tagi: przypadki
20:42, voguette
Link Komentarze (3) »
czwartek, 19 sierpnia 2010

...będę w domu. Trzy tygodnie z rodziną i przyjaciółmi napawały mnie ogromną radością od kilku tygodni. Lecz dzisiaj zdarzyło się coś, co popsuło mój rozanielony nastrój. Otóż, po przygotowaniach do wyjazdu (jutro, wczesnym rankiem) postanowiłam wziąć prysznic. I zonk. Mój prysznic, a dokładnie jego odpływ postanowił odmówić mi posłuszeństwa akurat w tak znamiennej chwili. Nie mogę się wykąpać, a przez to mój humor "siadł". Oczywiście na hydraulika już za późno, domowe sposoby zawiodły a wylot na tyle wcześnie, że nie zdążę nic zaradzić. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! Nawet nie napiszę, którego polskiego słowa użyłam dzisiaj dużo za dużo (domyślcie się...). Na dodatek cała sytuacja oznacza, że jutro muszę telefonicznie przebłagać Panią Właścicielkę, żeby rzuciła okiem i zamówiła hydraulika. Żyć nie umierać.

Musiałam się wyżalić, no.

_______________

Następny post powinien być nieco weselszy, a może nawet polski.

 

sobota, 07 sierpnia 2010

Paryż to dla zdecydowanej części populacji symbol elegancji, luksusu i szyku. Tego słynnego 'paryskiego szyku'. I coś w tym stwierdzeniu faktycznie jest, skoro codziennie na ulicy można spotkać kogoś ciekawego, niebanalnego lub po prostu ładnego. Z moich krótkich, acz intensywnych obserwacji wynika, że styl mieszkańców Paryża warunkuje kilka czynników.

Po pierwsze, jest to miejsce zamieszkania. Ci z prawego brzegu Sekwany (północnego) są z reguły bardziej sztywni i zachowawczy. Im dalej na północ, w stronę Montmartre tym więcej luzu. Okolice Luwru, rue Saint-Honoré i Opery zawsze kojarzą mi się z biurową elegancją. Zapewne dlatego, że faktycznie znajduje się tam wiele biur, na każdym kroku widać ludzi spieszących na lunch lub po prostu kłusujących ulicami w nieokreślonym celu. Jednak im dalej na północ tym więcej luzu... Zawsze idąc ulicami XXVII lub XVIII dzielnicy spotykam ludzi, którzy diametralnie różnią się od zabieganych karierowiczów. Bije od nich pewien szczególny rodzaj luzu, czasami nawet tak zwany 'tumiwisizm', co jest dość inspirujące. Mówiąc o prawym brzegu Sekwany, nie można zapomnieć o okolicach Forum Les Halles. Popołudniami można tam spotkać liczne grupy czarnoskórych mieszkańców miasta, którzy mogą poszczycić się stylem zupełnie niepodobnym do 'całej reszty świata'. Kolorowe, nierzadko jaskrawe ubrania, najnowsze modele butów Nike dają chwilowe wrażenie, że znajduję się gdzieś w szalonym Nowym Jorku lat osiemdziesiątych, a nie w tym statecznym i eleganckim Paryżu. Oczywiście jest to bardzo pozytywne wrażenie, różnorodność zawsze jest pozytywna. A nieco na wschód, lecz ciągle na prawym brzegu mamy słynną dzielnicą Marais. I tam dopiero zaczyna się prawdziwy pokaz mody! Rzesze młodych ludzi, różnych płci, ras, narodowości chwalą się swoim poczuciem mody. Niejednokrotnie spotyka się tam drag-queens, gotów bądź osoby inspirujące się w modzie japońską mangą. Pośród nich przemykają znakomicie ubrane dzieci bogatych rodziców, czasem jakaś gwiazda. Nikt nikomu nie przeszkadza, koegzystują w niewielkim Marais i każdy z nich zwraca uwagę czymś wyjątkowym. A prosto z Marais można przenieść się na drugą stronę rzeki. Tutaj, w VI i VII dzielnicy można zaobserwować mój ulubiony 'paryski szyk'. Niewymuszona elegancja lub perfekcyjna nonszalancja. Nawet jeżeli wydaje nam się, że ktoś narzucił na siebie stary rozciągnięty podkoszulek, znoszone dżinsy i trampki to nie jest to kwestia przypadku. Podkoszulek to pewnie podniszczony Ralph Lauren, dżinsy Levi's a trampki obowiązkowo Converse. Do tego dodatki, które oczyściłyby doszczętnie niejeden portfel. Wedle mojej subiektywnej obserwacji dziewczyny są tu najładniesze. Smukłe, opalone. I również propagujące niewymuszoną elegancję. Do dziś nie wiem na czym dokładnie opiera się ich styl. Stroje są zazwyczaj z pozoru niedopracowane, ale perfekcyjne. Znanymi propagatorkami takiej mody są m.in. Lou Doillon (córka Serge'a Gainsbourga i Jane Birkin) lub francuska modelka Constance Jablonski. Nieco dalej znajduje się dzielnica XVI. Według niektórych podań, to ta 'najbogatsza'. Kiedyś gdzieś przeczytałam, że "pełno w niej ładnych ludzi, rodziców cieszących się swoimi późno urodzonymi dziećmi, a wszyscy mają labradory". Rzadko zapuszczam się w tamte okolice, ale coś w tym jest. Widać tam mieszankę prawdziwych elegantów z tymi nonszalanckimi. I labradory też widać.

Drugi czynnik to niewątpliwie poziom życia. Życie w Paryżu jest drogie, a pensje nie aż tak oszałamiające. Więc mamy tu do czynienia z prawdziwymi bogaczami, bogaczami stylizującymi się na mniej bogatych (hm... może wzorem gwiazd Hollywood?), 'normalnymi' ludźmi, nieco biedniejszymi, aż wreszcie z bezdomnymi, których w Paryżu jest bardzo wielu. Jak łatwo się domyślić, bogaci noszą drogie i markowe rzeczy (co nie znaczy, że zawsze ładne), normalni markowe i z 'sieciówek', a biedni? Trudno powiedzieć, ale też trudno tak naprawdę te wszystkie grupy rozróżnić. Od każdej reguły zdarzają się wyjątki, a moje rozróżnienie to tylko efekt swobodnych przemyśleń.

Trzeci i ostatni punkt będzie się trochę różnił od poprzednich. Nie będzie dotyczył stricte Paryżan. Otóż, pomimo iż mieszkam tu krótko, to zauważyłam bardzo ważną rzecz: styl (lub jego brak u turystów), szczególnie amerykańskich. Wywód, który zaraz nastąpi nie ma na celu obrażania innych narodów, bo jestem osobą otwartą i ciekawą świata, ale jedynie pokazanie kilku 'rażących' dla tubylców przykładów. Zacznijmy od butów. Niejednokrotnie byłam świadkiem wybuchu śmiechu miejscowych na widok turysty X. Niemiłe, wiem. Jednak dopiero gdy zrozumiałam co było jego powodem odważyłam się sama zachichotać pod nosem. Mianowicie, turysta X miał na sobie wielkie, śnieżnobiałe, markowe adidasy. Takie jak do joggingu albo gry w kosza. Ten rodzaj butów jest tutaj synonimem Ameryki. A Amerykanie to pieniądze. A pieniądze to pożywka dla kieszonkowców, itp., itd. A przecież prawie wszyscy Amerykanie takie noszą gdy jadą za granicę, no nie? Tak więc adidasom mówimy "bye, bye". Mało przychylnym okiem cieszą się również dresy i gumowe japonki. Długo można by rozprawiać na temat przyczyn owej niechęci, ale ja wyciągam jeden wniosek: to co sportowe, nadaje się na siłownię/basen/plażę, a nie na ulice. I mam wrażenie, że ten sam tok myślenia uskuteczniają Paryżanie.

Podsumowując można powiedzieć, że Paryż ma różne oblicza. Z jednej strony to stolica mody. Najwięksi mistrzowie światowego krawiectwa tworzyli właśnie tu (Yves Saint Laurent, Coco Chanel, Christian Dior, Jeanne Lanvin) i duch owych czasów do dzisiaj jest wyczuwalny w poszczególnych zakątkach miasta. Z drugiej strony jednak, miasto rozwija się, ludzie coraz bardziej inspirują się zagranicznymi gwiazdami, modą z innych zakątków świata. Tak więc nie klasyfikujmy Paryża jako eleganckiego, każdy elegancję definiuje inaczej. Paryż, jak każde inne miasto świata pędzi do przodu, zmienia się i niejedno ma oblicze. Jedyna różnica tkwi w tym, że w centrum Paryża nie spotkamy wielu* wieżowców, nie ma stalowo-szklanych konstrukcji pełnych sztywnych biznesmenów. Tutejszy pęd i pogoń za nowoczesnością odbywa się na wiekowych ulicach, na tle zabytkowych kamienic.

________________________

*w centrum Paryża znajduje się tylko jeden 'wieżowiec' - Tour Montparnasse. Tak, to 'coś' to właśnie TO. Jak mawiają mądrzy ludzie: "najpiękniejszy widok Paryża można podziwiac z wieży Montparnasse... bo nie widać na nim tej wieży". ;)

Dla zainteresowanych stylem Paryżan i Paryżanek załączam kilka linków:

Style Peeper - Paris - moda uliczna z Paryża (i nie tylko)

Style and The City - okiem Kamela Lamadi

Garance Doré - najbardziej znana francuska blogerka modowa, pisze również po angielsku (czasami strona nie otwiera się za pierwszym razem - trzeba odświeżyć)

Tagi: moda Paryż
23:25, voguette
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 sierpnia 2010

Wstyd się przyznać, ale we Francji jestem nie pierwszy raz, a bardzo rzadko zdarza mi się opuszczać Paryż. Nawet tutejsze przedmieścia (fr. banlieu) nie są mi znane, nie wspominając już o odleglejszych zakątkach kraju. I właśnie z tego powodu bardzo ucieszyła mnie propozycja ciotki, aby w niedzielne popołudnie wybrać się do Vincennes, podparyskiego miasteczka, którego główną atrakcją jest zamek. Przy okazji poznałam również moją francuską ciotkę nr 2, bardzo uroczą starszą panią, która odwiedziała swoją córkę (czyli ciotkę nr 1), a na stałe mieszkającą w Dunkierce. Mam nadzieję, że do Dunkierki również kiedyś zawitam, bo zaciekawiło mnie to wietrzne, portowe miasto. Wracając jednak do naszej wyprawy, muszę podkreślić, że w Vincennes największym rozczarowaniem był właśnie ów zamek (na zdjęciach poniżej), może dlatego, że nie jestem fanką zwiedzania tego typu budowli. Dużo lepsze wrażenie zrobił na mnie Parc Floral de Paris (w którym zapomniałam zrobić choćby jedno zdjęcie - brawa dla mnie), zaś najlepsze wrażenie to le café gourmand w pobliskiej kawiarnii Drapeau. Jest to zestaw składający się z filiżanki espresso oraz kilku mini-deserów, w naszym przypadku były to crème brûlée, mousse au chocolat i tarte aux poireaux czyli po naszemu: krem jajeczny z warstwą skarmelizowanego cukru, mus czekoladowy oraz tarta z gruszkami. Chyba nie muszę już dodawać, że jestem największym łasuchem pod słońcem. Tak, nie ma to jak zamiast wycieczki opisywać jedzenie... Po długim spacerze w Vincennes zostałam zaproszona po raz pierwszy do nowego mieszkania owej paryskiej ciotki, również na przedmieściach, tyle, że tym razem z zupełnie innej strony miasta. Genevilliers nie zaskakuje niczym szczególnym, bloki wyglądają niemal tak samo jak te znane mi z polskich osiedli. Ponoć niebiezpieczna dzielnica, ale miałam okazję poznać kilku sąsiadów i trzeba przyznać, że to bardzo mili i kulturalni ludzie. Nasłuchałam się od nich wielu komplementów, z których połowy nie zrozumiałam, ale i tak poprawiły mi humor o 200%. Opis wieczoru sobie podaruję, bo myślę, że mało kto ma ochotę czytać o kolejnych potrawach, winie i deserach. Podsumowując, była to z pewnością najlmilej spędzona niedziela w Paryżu.




 
1 , 2